fotografia

Poznaj tajemnice kurtyny Wyspiańskiego. Rozmowa z Tadeuszem Bystrzakiem

2019-06-02

Małgorzata Wach: „Moja kurtyna jeszcze zawiśnie w tym teatrze”, powiedział młody Wyspiański. Jego słowa spełniły się po 126 latach. Co Pan czuł, kiedy kurtyna w końcu opadła?

Tadeusz Bystrzak: Ulgę, że się udało.

Mogło się nie udać?

Mogło! Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę tempo pracy, narzucone przez dyrekcję teatru. To był wyścig z czasem. Kiedy zbliżał się termin odsłonięcia kurtyny, liczyliśmy nie dni, a godziny.  

Kiedy zegar zaczął tykać?

Kilka miesięcy wcześniej, ale samego Wyspiańskiego nosiłem w głowie blisko rok.

Zaczęło się od spotkania z Krzysztofem Głuchowskim w 2017 r.

Wydałem wtedy monografię pt. „Talowski” na temat wybitnego architekta i malarza Teodora Talowskiego. Chciałem zrobić spotkanie autorskie w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. Poszedłem do Krzysztofa, żeby zapytać o taką możliwość.  Ostatecznie – z jakiegoś powodu – do tej promocji w MOS nie doszło, ale w trakcie spotkania Krzysztof, z którym znamy się już od wielu lat, zapytał, czy robię jeszcze takie duże rzeczy jak „Pochodnie Nerona”, bo marzy o tym, żeby w Teatrze Słowackiego zawisła kurtyna Wyspiańskiego. To była luźna, niezobowiązująca rozmowa.

Nie było mowy o żadnych konkretach, bo nie było na to pieniędzy, ale już mi ten Wyspiański zakiełkował w głowie. Zacząłem mu się bliżej przyglądać.

W jaki sposób?

Przy okazji wizyty w Warszawie, umówiłem się na spotkanie z Renatą Higersberger, która jest kustoszem w Muzeum Narodowym i poprosiłem, żeby mi pokazała rysunki Wyspiańskiego, które muzeum ma w swoich zbiorach. Wśród nich są m.in. szkolne szkice i akty, czyli bardzo wczesny Wyspiański. Od czasu do czasu się tam pojawiałem i razem je oglądaliśmy, zachwycając się nimi albo i nie.

 „Albo i nie?”

Tak, bo te rysunki są nierówne. Najgorsza rzecz jaka może spotkać artystę, to fakt, że po jego śmierci spadkobiercy dewastują pracownie i wyciągają wszystkie prace bez żadnej selekcji. Tak było w przypadku Wyspiańskiego, Malczewskiego i wielu innych malarzy. Jestem pewien, że część rysunków, które się zachowały Wyspiański chętnie by zniszczył, gdyby miał taką okazję.  

Z jakiego powodu?

Bo to były szkice robione „na kolanie”.

One z pewnością mają wartość historyczną, ale nie artystyczną. Tak czy inaczej, zacząłem się z tym Wyspiańskim zaprzyjaźniać i bardzo mi się ta „znajomość” spodobała. Kopiowałem jego rysunki. Najpierw w małej skali, później w formacie odpowiadającym wielkości kurtyny. Nie liczyłem na to, że do tego projektu w ogóle dojdzie, ale z drugiej strony, już trochę znałem Krzysztofa i wiedziałem, że jest bardzo upartym człowiekiem.

Kilka miesięcy później zadzwonił z informacją, że udało mu się zdobyć pieniądze z Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Dzięki pracy, którą wcześniej wykonałem, wiedziałem na co mniej więcej się piszę. Poszedłem do Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego w którym znajduje się oryginalny szkic kurtyny i … usiadłem.

Dlaczego?

Bo to jest obrazek wielkości 1,20 m z całą bordiurą. Samego malarstwa jest może metr na siedemdziesiąt. A ja miałem z tego zrobić płachtę o wielkości stu metrów kwadratowych.    

Miał Pan już za sobą doświadczenia związane z kopiowaniem obrazu „Pochodnie Nerona” Henryka Siemiradzkiego, który ma ponad siedem metrów długości i blisko pięć metrów wysokości.

To prawda. Różnica była jednak taka, że „Pochodnie…” malowałem w skali jeden do jednego. Projekt Wyspiańskiego jest maleńkim szkicem, który trzeba było namalować na płótnie wielkości 11,9 metra na 8,7 metra.

Sama wielkość obrazu mnie nie przerażała, bo miałem w swoim dorobku nie tylko „Pochodnie…”, ale również wiele murali, wnętrz i malarstwa iluzjonistycznego, w sumie namalowałem co najmniej kilka tysięcy metrów kwadratowych. Przerażało mnie to, czy będę umiał właściwie ten szkic odczytać i skopiować.

Poza tym, „Pochodnie Nerona” malowałem w galerii handlowej, więc nie było aż takich emocji jak w przypadku kurtyny Wyspiańskiego. Miejsce nobilituje.

Miałem świadomość, że w tak krótkim czasie sam temu nie podołam. Dlatego stworzyłem zespół, który ze mną malował i powołałem komisję, z którą konsultowałem realizację projektu.

Zacznijmy od osób z którym Pan malował.

Zaprosiłem do współpracy absolwentów krakowskiej ASP: Alicję Wójcik, Martę Wojtuszek i Stanisława Juszczaka. Młodych i bardzo ambitnych ludzi. Stasiu robi doktorat na wzornictwie. Marta i Ala są po grafice. Ostatecznie to ja jestem podpisany pod kurtyną, ale bez nich by tej kurtyny by po prostu nie było. Oczywiście konsultowali ze mną wszystkie ważne elementy, ale równocześnie nie bali się powiedzieć „Tadziu, w tym miejscu musisz jeszcze popracować”.

Jak Pan na to reagował?

Pracowałem. Z jednej strony było moje doświadczenie, z drugiej odwaga i zapał młodych ludzi, którzy autentycznie cieszyli się tym co robią i robili to dobrze. Nie oglądając się na koszty.

Zaskakujące, że nie wybrał Pan do współpracy malarzy.

Zrobiłem to świadomie. Każdy malarz ma własną technikę i zdanie. W tym przypadku trzeba się było pozbyć własnych ambicji. Wyspiański był tym, którego mieliśmy jak najwierniej namalować i tyle. Nie było miejsca na długie dyskusje i artystyczne popisy. Myślę, że dla wielu malarzy byłoby to spore ograniczenie. Nie każdy czuje się dobrze w roli kopisty. Zwłaszcza kopisty wielkoformatowego.

Jaki był skład komisji, z którą konsultowaliście swoją pracę?

Osobą, której najwięcej zawdzięczam jest Pani Marta Romanowska. Można powiedzieć, że spędziła z Wyspiańskim całe życie. Była twórcą i wieloletnim kierownikiem Muzeum Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie, a także autorką licznych wystaw, opracowań i publikacji na jego temat. W komisji znaleźli się też Zbigniew Beiersdorf i Mikołaj Kornecki. Pierwszy jest historykiem sztuki, drugi architektem i członkiem Społecznego Komitetu Ochrony Zabytków. Zaprosiliśmy też kilku malarzy. Kiedy nie byłem pewien jakiegoś detalu albo techniki, prosiłem o konsultacje. Komisja akceptowała zarówno poszczególne etapy pracy, jak i jej zakończenie.

Proszę też coś powiedzieć o materiałach, których użył Pan do wykonania kurtyny.

O ile wśród osób zaangażowanych w projekt byli sami Polacy, o tyle w przypadku materiałów, była to koprodukcja międzynarodowa. Płótno –pochodziło z Niemiec, farby ze Stanów, a patyna z Danii.

Jak przebiegały prace?

Najdłużej, bo blisko trzy miesiące, trwało szkicowanie. Podzieliliśmy płótno na fragmenty, które dokładnie opisaliśmy. Potem urobiliśmy farby. Podobnie jak Wyspiański, malowaliśmy farbami wodnymi, które dość łatwo się kładzie i wyciera.

Ale zanim w ogóle dotknęliśmy płótna pędzlem, przez 2 miesiące ćwiczyliśmy fragmenty tej kurtyny na różnych podkładach, u mnie w pracowni i w garażu.  Na kilkudziesięciu tekturach, narysowaliśmy wszystkie fragmenty jeden do jednego. Miejsca, które uważaliśmy za najtrudniejsze powtarzaliśmy wiele razy. Malowaliśmy np. tą samą twarz w kilku różnych uszczegółowieniach.

Później przerysowaliśmy wszystko na płótno i zaczęliśmy malowanie. W wiernym odtworzeniu obrazu pomagały nam… smartfony. Dzięki nim, mogliśmy zrobić zdjęcia detal po detalu, a później je powiększać i poprawiać każde uderzenie pędzla.

Kiedy pojawiła się komisja?

Pierwsze wizyty były już na „garażowym” etapie. Dyskutowaliśmy na temat każdego detalu. Na tak małym projekcie jak szkic Wyspiańskiego, można namalować stopę jednym pociągnięciem pędzla, ale przy tak dużych rozmiarach jak kurtyna, nie było to możliwe. Pytanie, jak tą stopę namalować, żeby była jak najbardziej wierna oryginałowi?

Tak było z każdym detalem: kwiatami, szatami, piersiami, oczami, wstążką we włosach…Wszystkim!

Gdzie powstawała kurtyna?

Krzysztof Głuchowski zaproponował, żeby kurtyna była malowana na scenie Teatru Słowackiego, na której Wyspiański wystawiał swoje dzieła. To była piękna wizja, ale zupełnie nierealna. Choćby z powodu wielkości kurtyny. Scena w Słowackim jest po prostu za mała na wykonanie takiej pracy.

Ostatecznie kurtyna była malowana w Skale, w hali należącej do firmy „Serafin”. Jej właściciel od razu się zgodził na moją propozycję. Mieliśmy do dyspozycji ścianę i pas o szerokości 1,5 metra, który pozwolił nam spokojnie przesuwać wózek i drabiny z których malowaliśmy.

Firma zajmuje się m.in. sprzedażą kosiarek, koparek i innych urządzeń ogrodniczych i budowlanych, które się w tej hali przemieszczają. Mało komfortowe warunki na tworzenie wielkiego dzieła.

Kiedy maluję, potrafię się totalnie wyłączyć. Mógłbym spokojnie pracować nawet w tunelu, przez który przejeżdżają pociągi. Dlatego ruch w hali nie był dla mnie jakimś specjalnym utrudnieniem. Z tego co wiem, reszta zespołu miała podobnie.

Wynajęcie osobnej hali na kilka miesięcy zjadłoby moje honorarium. Zresztą ja nigdy nie wiem, ile finalnie będzie kosztować moja praca. Wynajem hali, płótno, farby, pędzle, patyna, benzyna, jedzenie, transport, pomoc w postaci asystentów. Nigdy nie jestem w stanie trafić. Podobnie było tym razem. Żona czasem mówiła „Tadek, całe wakacje zasuwasz od 7 rano i co?”.

No właśnie?

I wiem, że ta kurtyna mnie przeżyje.

Powiedział Pan, że ruch w hali nie był dla Pana „jakimś specjalnym” utrudnieniem, a co nim było?

Czas, który został niebezpiecznie skrócony. Były dni, że staliśmy na wózku i drabinach od 7 rano do 15.  Gdybyśmy byli w stanie, to pewnie pracowalibyśmy jeszcze dłużej, ale po pewnym czasie od malowania w takiej pozycji, człowieka łapią skurcze łydek i zaczynają mu drżeć nogi, a jak drżą nogi, to drży całe ciało. I koniec malowania.

To nie było wygodne siedzenie przed sztalugą w pracowni tylko ciężka, fizyczna praca. Dosłownie!  

Kolejną rzeczą, z którą musieliśmy się zmierzyć, był fakt, że hala, w której pracowaliśmy, miała 7 metrów wysokości, a kurtyna blisko dziesięć. Zanim zaczęliśmy szkicowanie, musieliśmy opracować system, który by nam pozwolił ogarnąć całe płótno. Przypomnę, że mówimy o jednym kawałku, a nie fragmentach które były później scalane.

Szczególne podziękowania należą się Michałowi Popielowi, który zbudował dla nas specjalne rusztowanie i maszynerię, która pozwalała nam zwjać i rozwijać kurtynę. Dzięki temu, byliśmy w stanie ogarnąć całość.

To znaczy, że na etapie malowania w hali, nie widzieliście całej kurtyny?

Dokładnie! Zobaczyliśmy, ją dopiero w Teatrze Słowackiego miesiąc przed oficjalnym odsłonięciem. Daliśmy sobie taki czas, żeby nanieść ostatnie poprawki i nałożyć patynę. I wtedy okazało się, że kurtyna jest o metr za długa i trzeba ją będzie skrócić.

Żartuje Pan?  

Nie, mówię całkiem serio. Miara pod naszą kurtynę była brana z kurtyny Siemiradzkiego, a właściwie z tego, co było powszechnie wiadomo na jej temat. Okazało się, że 125 lat temu, ktoś błędnie wymierzył albo zapisał, że ta kurtyna ma 9,6 metra wysokości i do ubiegłego roku wszyscy tak uważali. Tymczasem jest krótsza prawie o metr. Nie było możliwości, żeby ten metr ukryć, bo obie kurtyny nie są nawijane na wałek, tak jak w wielu innych teatrach, tylko podnoszą się i opadają w pionie, więc ten metr różnicy byłoby po prostu widać.

Drugim niezwykle ważnym elementem – o którym na szczęście wiedzieliśmy zanim zaczęliśmy pracę – była waga. Łącznie z blejtramem kurtyna nie mogła mieć więcej niż 150 kg.

Dlaczego?

Ponieważ miała zostać zawieszona na maszynerii, która nie jest w stanie utrzymać większego ciężaru. Musieliśmy to wziąć pod uwagę wybierając blejtram, płótno i farby.  

Jak się podzieliliście pracą?

Szkicowaliśmy i malowaliśmy wszyscy, ale śmialiśmy się, że każdy miał swoją specjalizację, np. Staszek doskonale malował liście, bo ma rodziców konserwatorów i jako dziecko bez przerwy się krzątał pod sufitem, obserwując detale. Dziewczyny świetnie malowały postacie kobiece. Ja ogarniałem całość.

Dziennikarze pisali, że kurtyna to sto procent Wyspiańskiego w Wyspiańskim. Coś jednak poprawiliście.

Szkic wykonany przez Wyspiańskiego jest bardzo mały. W pracy o takich gabarytach wielu rzeczy po prostu nie widać. Kiedy zaczęliśmy rozrysowywać obraz, okazało się, że różnice w pionach i poziomach wynoszą 30 cm. Gdybyśmy dokładnie odwzorowali szkic, to ta kurtyna byłaby po prostu krzywa.

Zbyszek Beiersdorf mi poradził, żebym najpierw zdefiniował bordiurę, czyli dekoracyjne obramowanie obrazu i dopiero później wyznaczył poziomy i piony. W praktyce oznaczało to tyle, że część rzeczy musiałem narysować od nowa. Myślę, że Wyspiański też by wolał, żeby ta kurtyna była prosta, a nie krzywa.

Co do reszty byliśmy wierni oryginałowi. Chociaż nie ukrywam, że miewałem w tym kopiowaniu trudniejsze momenty.

Na przykład?  

Malowanie szat. Przypuszczam, że Wyspiański z taką samą łatwością malował lewą ręką, jak i prawą. W przypadku szat, światło pada u niego z prawej strony, co sugeruje, że malował je lewą ręką. Ja jestem praworęczny, więc maluje odwrotnie.

Tak jak każdy człowiek ma określony charakter pisma, tak każdy malarz ma swój własny styl: sposób szkicowania, kolejność kładzenia farby, malowanie źrenicy... Jedni malują „światełko” na początku, inni tym światełkiem kończą. Kiedy się maluje kopie, trzeba patrzeć na obraz oczami artysty, który wykonał oryginał i podążać za jego ręką. Podążanie za lewą ręką, kiedy samemu trzyma się pędzel w prawej, nie jest łatwym zadaniem.

Spał Pan spokojnie z ósmego na dziewiątego października ubiegłego roku, czyli w noc poprzedzającą odsłonięcie kurtyny?

Tak, przede wszystkim dzięki komisji, o której wspomniałem. Kiedy po zakończeniu pracy usłyszałem od Pani Marty Romanowskiej, że „Wyspiański byłby zadowolony”, wiedziałem, że nie mam się czym martwić.

Co Pana najbardziej zaskoczyło podczas pracy nad tym obrazem?

Kiedy zacząłem się bliżej przyglądać historii szkicu, dotarło do mnie, że Wyspiański stworzył go mając zaledwie 23 lata. Nie miał w swojej twórczości żadnych zahamowani, czyli tego, czego dzisiaj brakuje młodym ludziom. Tej lekkości i odwagi w tworzeniu czegokolwiek. Dzisiaj wszystko jest poprzedzone kalkulacją, researchem, pytaniem czy się opłaca, jaki jest target…  

Kiedy ogłoszono konkurs na projekt kurtyny, Wyspiański razem z Józefem Mehofferem – który również zgłosił swój szkic – przebywali w Paryżu. Ale obaj uważnie śledzili co się dzieje w krakowskim teatrze. Wyspiański myślał o konkursie na projekt kurtyny, na długo zanim ten konkurs w ogóle ogłoszono. Wiemy to m.in. z jego listów do przyjaciół. Gdyby nie zaczęli z Mehofferem swoich szkiców dużo wcześniej, prawdopodobnie nie mieliby większych szans na ich złożenie w wymaganym terminie, bo komisja dała na to bardzo mało czasu.

Patrząc na projekt Wyspiańskiego, z jednej strony widać w nim ducha młodego człowieka z drugiej, trudno nie odnieść wrażenia, że każdy detal jest dokładnie przemyślany. Ten obraz po prostu kipi od symboliki.  

Tak o projekcie pisał 12 kwietnia 1892 r. miesięcznik „Czas”: „Szkic „Z moich fantazyj” przedstawia postać „tragedyi”, odsłaniającej kurtynę i ze sceny wychodzące demony złego, postacie sprawiedliwości, zapału itd., z drugiej strony przedstawiona komedya z postaciami satyra, miłości itd. U dołu Wawel: u stóp jego Wisła, po której płyną oświetlone wianki, chwytane przez wilkołaków; tu także autor pomieścił nimfy wodne”.

Podobne notki poświęcono pięciu innym projektom, które zostały zgłoszone do konkursu. W momencie ogłoszenia wyników, prasa nawet nie wspomniała o projektach Wyspiańskiego i Mehoffera. Konkurs wygrali mało znani, młodzi artyści, Jadwiga Bogucka i Tomasz Lisiewicz, ale żaden z ich projektów nie został zrealizowany. Ostatecznie wykonanie kurtyny zlecono Henrykowi Siemiradzkiemu, który cieszył się już wówczas sławą w Europie. W Krakowie był szczególnie czczony za sprawą „Pochodni Nerona”, które ofiarował miastu. Kopia tego obrazu przysporzyła sławy również Panu.

Kiedy słyszę, że jestem autorem słynnej kopii „Pochodnie Nerona” tylko się uśmiecham. Kilkanaście lat temu – kiedy malowałem obraz – nazywano mnie autorem kontrowersyjnej kopii „Pochodnie Nerona”. Część środowiska odsądziła mnie od czci i wiary, mówiąc, że malując dzieło tej klasy, w galerii handlowej dopuściłem się profanacji. Niewiele osób pamiętało albo chciało pamiętać, że zanim oryginał trafił do Sukiennic w 1879 r. dając początek Muzeum Narodowemu, Sukiennice były wyłącznie domem handlowym do którego ludzie przychodzili na zakupy.

Spodziewałam się tego, że projekt wywoła w Krakowie jakieś emocje, ale ogólnopolska dyskusja na ten temat była dla mnie dużym zaskoczeniem. To, za co wówczas byłem piętnowany, dzisiaj „przysparza mi sławy”.

Wróćmy do kurtyny.

Bardzo proszę.

Wyspiański – mówiąc delikatnie – nie przepadał za Siemiradzkim.

Mówiąc bardzo delikatnie.

Przytoczę fragment listu, który napisał do Lucjana Rydla, po tym jak zobaczył kurtynę Siemiradzkiego: „Pomysł jest najściślej banalny (…) Kompozycja cała według mnie jest studencka i nie wskazuje na żadną indywidualność myślącą. Dobre i znakomite jest wykonanie, szczegóły są staranne, nieraz i piękne, poprawne. (…) „Pochodnie Nerona” są śliczne (…) ale kurtyna jest zerem”. Śmiałe słowa!

To prawda, ale trzeba pamiętać, że Stanisław Wyspiański wypowiedział je, kiedy miał 23 lata. W tym wieku człowiek nie boi się śmiałych ocen. Poza tym, przytoczony cytat pochodzi z prywatnej korespondencji. Nie jestem pewien, czy Wyspiański powtórzyłby te słowa publicznie.

Teraz obie kurtyny wiszą obok siebie... Myśli Pan, że Wyspiański z Siemiradzkim byliby z tego zadowoleni?

Myślę, że byliby bardzo zaskoczeni.

O ile jednak Siemiradzki dostał na swoją kurtynę zlecenie – wypada dodać, że zrobił to po kosztach – o tyle Wyspiański zapracował na nią całym swoim życiem i tym, co zrobił nie tylko teatru, ale całego Krakowa!

 

Tadeusz Bystrzak, artysta malarz, grafik. Ukończył studia na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowni prof. Ryszarda Otręby. Jego twórczość obejmuje zarówno malarstwo sztalugowe, iluzjonistyczne i wielkoformatowe, jak i wzornictwo szkła artystycznego i użytkowego. Zajmuje się m.in. projektowaniem i realizacją różnego rodzaju przestrzeni publicznych i komercyjnych, w tym słynnej kopii obrazu Henryka Siemiradzkiego „Pochodnie Nerona”. Autor monografii „Talowski”, na temat twórczości wybitnego architekta i malarza Teodora Talowskiego.

 

Zapraszamy 13 i 27 czerwca do Teatru im. Juliusza Słowackiego na warsztaty „Kurtyny krakowskie”, które poprowadzą Tadeusz Bystrzak i dr hab. Diana Poskuta-Włodek (wprowadzenie historyczne). Uczestnicy warsztatów będą się mogli przyjrzeć z bliska kurtynie Wyspiańskiego i Siemiradzkiego, poznać kulisy ich powstania oraz szczegóły pracy kopisty wielkoformatowego. Warsztaty odbywają się w ramach projektu „Jak działa teatr?”, którego głównym celem jest promowanie rzemiosła teatralnego i zaprezentowanie Teatru Słowackiego od strony kulis. W programie znalazły się również warsztaty z tapicerem pt. „Praktyczne szwy” (6 czerwca), „Magia rękawa” z krawcowymi z męskiej pracowni krawieckiej (8 czerwca), „Z notatnika inspicjenta” (19 czerwca) i „Kwestia czasu”. Uczestnicy ostatniego z wymienionych warsztatów, poznają kulisy pracy teatralnych charakteryzatorek, fryzjerek i garderobianych (18 czerwca).

Zobacz „Imię róży” zza kulis

7 lipca, odbył się spektakl „Imię róży”. Było to ostatnie przedstawienie minionego sezonu w Teatrze im. J. Słowackiego. Zobaczcie co się działo za kulisami, w czasie, gdy Wiliam z Baskerville i nowicjusz Adso, prowadzili na scenie śledztwo, a nad opactwem zawisła groźba przybycia inkwizycji.

Czytaj więcej

Ostatnie warsztaty w tym sezonie!

Garderobiane i charakteryzatorki, tapicer i modelatorzy, krawcowe z damskiej i męskiej pracowni, inspicjent i malarz, choreograf i kompozytor, to tylko część osób, które prowadziły warsztaty z cyklu „Jak działa teatr?”. W najbliższy czwartek odbędzie się ostatnie spotkanie. Kolejna warsztaty we wrześniu!

Czytaj więcej

Dorastałem w teatrze

"Jako mały chłopiec, bywałem często u mojej babci, która przez ponad 20 lat była garderobianą. Pewnie, gdyby nie babcia, nie zainteresowałbym się teatrem i obecnie bym w nim nie pracował. Dzięki niej mogłem nie tylko z bliska obserwować, jak wygląda „teatralna kuchnia”, ale również doświadczać magii teatru i poznać osoby, które tą magię tworzą. Wtedy, po raz pierwszy poczułem, jak pachnie scena..."- opowiada Bartosz Jelonek, producent z Teatru Słowackiego.

Czytaj więcej

Scenografia w 3 minuty

O tym kto jest autorem scenografii i kostiumów, dowiadujemy się przy okazji premiery sztuki, a jak wygląda w praktyce proces jej powstawania? Prezentujemy 3-minutowy filmik z montażu scenografii do spektaklu „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Radosława Rychcika.

Czytaj więcej

Garderobiana patrzy zza kulis

- W naszej pracy liczy się precyzja, prędkość, umiejętność współpracy, a przede wszystkim zaufanie i dyskrecja. Garderoba powinna być jak konfesjonał – mówi Ewa Jędrzejewska – Balicka, - która od 25 lat jest garderobianą w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Czytaj więcej

Czym się zajmuje rzeźbiarz w teatrze?

„Przez jakiś czas myślałem o tym, żeby studiować scenografię, ale ostatecznie wybrałem rzeźbę, bo chciałem coś tworzyć własnymi rękami, a nie tylko projektować to, coś co później wykonają inni. Poza tym, od zawsze fascynował mnie rysunek i rzeźbiarstwo. Człowiek ma przed sobą blok materiału, który nie ma żadnej formy, ani treści i pracą własnych rąk nadaje mu kształt i znaczenie. Nieustanne mnie to zachwyca” – mówi Łukasz Pipczyński, rzeźbiarz, malarz, modelator w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Czytaj więcej

Na Wawelu wkrótce „wyląduje” smok

W pracowni scenotechnicznej Teatru im. Juliusz Słowackiego na ul. Półłanki powstaje smok, jakiego w Krakowie jeszcze nie było. Stwór będzie miał ponad 6 metrów długości, 3 metry wysokości i 8 czerwca „wyląduje” na Wawelu.

Czytaj więcej

Każda suknia ma swoją historię

Jakie suknie nosiła teatralna caryca Katarzyna? Ile materiału i czasu potrzeba, żeby uszyć stylową suknię? Jak się w ogóle zabrać do szycia wytwornej sukni, a jak do oryginalnej letniej sukienki? Odpowiedź na te i wiele innych pytań, poznały uczestniczki warsztatów pt. „Architektura sukni”.

Czytaj więcej

„Lalka” od kuchni

W miniony piątek w Teatrze im. J. Słowackiego odbyła się premiera „Lalki” Bolesława Prusa, w reżyserii Wojtka Klema. Kogo nie zobaczyliśmy na scenie? Zachęcamy do lektury tekstu, który ukazał się na blogu jakdzialateatr.pl w dniu premiery. 

Czytaj więcej

Opowiedz o sobie dźwiękiem

W miniony wtorek i środę na Scenie Miniatura Teatru im. J. Słowackiego odbyły się warsztaty pt. „Głos jako instrument” prowadzone przez Dominika Strycharskiego. Czego się dowiedzieli jego uczestnicy?

Czytaj więcej

Powiedz to, zaśpiewaj, wykrzycz!

Głos jest jedynym instrumentem muzycznym, który mamy ze sobą zawsze, ale nie zawsze znamy i wykorzystujemy jego możliwości. Zwykle używamy go do tego, żeby mówić. Rzadziej, żeby śpiewać, a najrzadziej, żeby wyrażać siebie. 7 maja odbędą się warsztaty z Dominikiem Strycharskim pt. „Głos jako instrument”, które pomogą lepiej poznać, zrozumieć i usłyszeć swój własny głos.

Czytaj więcej

Poznaj ludzi, których nie widać

Rozmowa z Małgorzatą Szydłowską - „Myśląca ręka” jest wieloletnim projektem edukacyjnym, dzięki któremu można zajrzeć na teatralne zaplecze i poznać ludzi, którzy do tej pory byli niewidzialni dla publiczności. Mam na myśli teatralnych rzemieślników, czyli inspicjentów, krawcowe, garderobiane, charakteryzatorów, oświetleniowców, stolarzy, tapicerów, akustyków, montażystów...

Czytaj więcej

Przepis na koszulę

Zastanawialiście się kiedyś nad tym w jaki sposób zostały uszyte Wasze koszule? A może chcielibyście uszyć koszulę według własnego projektu? Jeśli tak, to zapraszamy na warsztaty „Obyczaje koszul”, które odbędą się 27 kwietnia w Domu Rzemiosł Teatralnych.

Czytaj więcej

Kulisy tworzenia kurtyny Wyspiańskiego

126 lat - tyle dokładnie przeleżał w archiwach projekt kurtyny, autorstwa Stanisława Wyspiańskiego pt. „Z moich fantazyj”. Udało się go zrealizować w październiku ubiegłego roku. Zadania podjął się artysta malarz Tadeusz Bystrzak. Zapraszamy na warsztaty, podczas których zdradzi kulisy powstawania tego niezwykłego dzieła. Warsztaty odbędą się już 25 kwietnia!

Czytaj więcej

Zatańcz wspomnienie z dzieciństwa

14 kwietnia na małej scenie Teatru im. J. Słowackiego odbyły się warsztaty choreograficzne z Dominiką Knapik, pt. „Świadomość ciała”. Na początku było „dramatyczne umieranie”, potem strach i szczęśliwe wspomnienia z dzieciństwa…

Czytaj więcej

Chodź na warsztaty!

- Szycie zaczyna się od ciekawości. - mówią szefowe teatralnych pracowni krawieckich! - To właśnie ciekawość najczęściej przyciąga na warsztaty "Jak działa teatr?", ale jest jeszcze jeden ważny impuls...

Czytaj więcej

Wszystko ma swoją miarę

- Kino mnie nudzi. Jest jak sztuczne kwiaty. Wygląda ładnie, ale nie ma w nim życia. Z teatrem jest inaczej. Nie ma dwóch takich samych przedstawień. Co wieczór historia dzieje się od nowa. - mówi Stanisława Baran, kierowniczka męskiej pracowni krawieckiej w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Czytaj więcej

Znam teatr od podszewki

Tadeusz Sobucki, tapicer w Teatrze im. Juliusza Słowackiego - Większość ludzi myśli, że tapicer, to ktoś kto się zajmuje obiciami mebli. Na tym polega ta praca w tzw. zwyczajnym świecie, ale teatr nie jest zwyczajnym miejscem. Jest miejscem, gdzie się stwarza różne światy. 

Czytaj więcej

Kostium będzie nas pamiętał

W teatrze trzeba umieć szyć wszystko. Od bielizny po futra. Od współczesnej spódnicy, po suknię z epoki i bajkowy kostium. Trzeba też mieć otwartą głowę na pomysły scenografa, a te bywają naprawdę zaskakujące! - mówi Grażyna Cichy, kierowniczka damskiej pracowni krawieckiej.

Czytaj więcej

Zapraszam do magazynu kostiumów

W Domu Rzemiosł Teatralnych przy ul. Radziwiłłowskiej 3 w Krakowie, mieści się magazyn kostiumów, mebli i rekwizytów Teatru im. Juliusza Słowackiego. Można do niego wejść i dotknąć historii krakowskiego teatru. Jest tylko jeden warunek.

Czytaj więcej